RSS
piątek, 02 grudnia 2016

Czasem mam wrażenie, że żyję w innym kraju niż pozostali Polacy. Dziś na przykład od rana słyszę o opadach śniegu, ba nawet śnieżycach, a tymczasem u mnie za oknem co prawda wiało, ale śniegu nie przywiało. Co najwyżej trochę deszczem zachlapało okna.

Korki związane z brzydką pogodą? No cóż, pracuję blisko domu. Chodzę do pracy na piechotę. Ostatni korek, z jakim miałam do czynienia to od wina, który musiałam odszukać, bo dziecko potrzebowało do szkoły na doświadczenie z fizyki...

Podobnie z aferami. U nas aferą może być nie naliczenie przy kasie w Biedronce promocyjnej ceny, która miała obowiązywać :) To już urok małych miasteczek. Coraz bardziej doceniam to "życie z boku" :)

Miłego wieczoru.

Tagi: Inny kraj
16:53, maggi753
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2016

Ze śmiercią jest jak z katastrofami lotniczymi. Są okresy, w których media nie donoszą o tym, że odszedł ktoś znany i są takie, kiedy ludzie "zaczynają się sypać". Katastrofy również nie zdarzają się "solo". Niestety w rodzinach często jest tak samo... Jak już ludzie zaczną odchodzić, to łańcuszkiem.

W tym tygodniu pożegnał się z nami Wajda i Kopiczyński. Szkoda. Tym bardziej, że w filmie brakuje ich zmienników, wybitnych reżyserów i aktorów z młodszego pokolenia. Niby mamy filmówki i szkoły teatralne, ale co z tego... A może po prostu ci naprawdę dobrzy nie są w stanie przebić się przez serialowe "gwiazdy". Podobno o słabości społeczeństwa świadczy ilość niezastąpionych ludzi... Oj, coraz słabsze to nasze kino.

wtorek, 06 września 2016

Rzadko kiedy korzystam z usług tzw. rzemieślników, więc pewnie przyczyniam się również do tego, że znikają z rynku niektóre zawody. Ale cóż zrobić. Pamiętam, że kiedyś chodziłyśmy z mamą do szewca, ale takie były czasy, że trudno było kupić fajne buty, a jak się już je miało, to się o nie bardziej dbało i naprawiało. Teraz w komplecie dostajemy zapasowe fleki, a jak się już oba zedrą to mija tyle czasu, że ma się ochotę na coś nowego, więc się nie naprawia. W zeszłym roku co prawda wybrałam się raz do szewca, zapłaciłam 35 zł za wymianę fleków, ale źle je założył i zniszczył skórkę na jednym z obcasów, więc i tak ich nie noszę. Wyrzucone pieniądze. Nie korzystam też z usług krawców, bo nie kupuję ciuchów "do dopasowania"; tyle jest ich na rynku, że można kupić takie, które pasują bez przeróbek. A że od dawna mam stałą wagę, więc i zwężanie czy poszerzanie nie wchodzi w grę.

Ostatnio jednak pojawił się problem, który zmusił mnie do pomyślenia o... kaletniku. Otóż urwał mi się pasek w ulubionym zegarku. Szukałam takiego w sieci, ale nie znalazłam (a tam podobno jest wszystko...). Stwierdziłam więc, że odżałuję trochę kasy i założę sobie oryginalny. Kiedy kupowałam zegarek zapytałam o wymianę paska (bo wiadomo, że skóra nie jest wieczna) i dowiedziałam się, że nowy kosztuje u nich 130 zł. Nie mało. Za tyle można mieć nowy, całkiem przyzwoity zegarek, ale czego się nie robi dla ulubionej rzeczy. Tyle tylko, że punkt sprzedaży się zwinął... No więc pomyślałam o kaletniku i okazało się, że mało bo mało, ale kilka punktów jeszcze w mieście zostało. Mam nadzieję, że u niego uda mi się zamówić nowy. Z drugiej strony stwierdziłam, że zawód kaletnika niekoniecznie musi odchodzić do lamusa. Coraz więcej ludzi uwielbia nietuzinkowe przedmioty, więc przygotowanie przez takiego kaletnika np kolekcji pasków, portmonetek czy toreb może być dla niego strzałem w 10 na rozwinięcie biznesu. Może więc nie tylko tworzenie baz danych, projektowanie cad, tworzenie aplikacji na smartfony czy opracowywanie patentów, z których można żyć przez wiele lat ma sens, ale również powrót do starych zawodów, choć w trochę nowej odsłonie... Może inni rzemieślnicy powinni pójść za przykładem np. stolarzy i nastawić się na tworzenie kolekcji dopasowanych do gustów klientów.

Miło mieć coś oryginalnego, innego niż rzeczy sprzedawane masowo w sieciówkach, nie dać się wbić w "mundurek takosamości". Kto wie, jakie będą zawody przyszłości. Ostatnio czytałam, że za 20 lat dominować będą takie, jakie póki co nie istnieją. A może wręcz przeciwnie, może zrobimy krok w tył i docenimy te, które już są... Kowalstwo - choć w wydaniu bardziej artystycznym - też przeżywa swój renesans... A moje osobiste dziecko za kilka lat będzie musiało dokonać wyboru...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Staramy się wpoić dziecku zasadę, że lepiej naprawiać niż wyrzucać, pozbywać się, zarówno w stosunku do dobrych jeszcze rzeczy jak i w relacjach. Mam wrażenie, że tego bardzo w dzisiejszych czasach brakuje. Ludzie z jednej strony wyrzucają dobre rzeczy, bo coś się w nich zepsuło, a nie chce im się naprawić, albo po prostu się znudziły. Takie samo podejście mają w związkach. Jak coś się zepsuje to "cześć", zamiast starać się naprawić i zrozumieć przyczyny. No, ale czasami sami się zastanawiamy czy warto... I nie chodzi mu tu akurat o relacje, tylko o przedmioty. Przykłady:

- 2 lata temu kupiliśmy synowi zegarek za bodajże 45 zł. Urwał mu się pasek. Na allegro nowy kosztuje 25 zł + cena przesyłki, czyli 30 zł. Zegarek ma trochę porysowaną szybkę. Opłaca się w niego inwestować czy lepiej kupić nowy?

- zepsuło mi się żelazko. Zawieźliśmy do serwisu. Miły pan powiedział, że naprawa będzie kosztowała ok. 150 zł. Nie zdecydowaliśmy się. Trafiłam na promocję i kupiłam za 100 zł nowe (w sumie w innych sklepach kosztowało w granicach 200-300 zł.),

- koleżance zepsuła się 8 - letnia pralka. Naprawa miała kosztować 650 zł. Sprzedała ją na części za 100 zł i kupiła nową (bo dowiedziała się przy okazji, że producenci specjalnie robią wiele części, żeby wytrzymały 5-6 lat, a później wszystko się sypie),

- mam starą, zabytkową maszynę do pisania, która mi się strasznie podoba i na której nauczyłam się pisać. Później "przeszła przez rączki" kilku dzieciaków, które ją popsuły. Punktów napraw maszyn już nie ma, schematu na internecie nie znalazłam. Trzeba by poświęcić pewnie mnóstwo godzin, żeby dojść do tego jak wszystkie sprężynki powinny być połączone i naprawić ją. Dlatego rodzina ciągle mnie namawia, żeby ją wyrzucić. Tu jednak jestem uparta i mówię stanowcze: nie. Kiedyś znajdę czas i ją naprawię :)

Nie dziwię się, że mnóstwo punktów usługowych upada (zwłaszcza tam, gdzie nie mieszka wiele starszych ludzi), że odchodzą w zapomnienie zawody związane z naprawami, bo z jednej strony często naprawy kosztują więcej niż nowe przedmioty, a z drugiej ciągle nam się wmawia, że nowe jest lepsze i ciągle trwa nagonka pt. "kupuj".

piątek, 13 maja 2016

Ostatnio przedłużaliśmy ubezpieczenie domu i przy okazji zapytałam naszego ubezpieczyciela, a właściwie agenta, o ubezpieczenie rowerzystów. Nie był dokładnie zorientowany w temacie, ale powiedział, że kolega ostatnio jakiejś rodzinie takie ubezpieczenie przygotowywał i zapłacili coś około 3 stów na sumę ubezpieczenia 100 tys. A dokładnie ma się zorientować i mi przedzwonić. Jak wyszedł, Mężu się oburzył, że tak dużo, a przecież dotychczas nic nam się nie przytrafiło, bo uważamy. Co do tego "uważamy" nabrałam ostatnio wątpliwości, bo kilka dni temu moje dziecię wracając ze szkoły spieszyło się i wyjechało na drogę nawet się nie rozglądając, co spowodowało, że jeden z samochodów musiał z piskiem hamować, a kolejny o mało nie wjechał by mu w tyłek. Pech chciał, że wracałam akurat z zakupów i to widziałam. Pech dla dziecka, bo sam by się nie przyznał. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale gdyby się stało, to on by został uznany za sprawcę wypadku (albo współsprawcę, bo kolejny samochód powinien zachować większą odległość). I oby mu się nic poważnego nie stało. A finansowo? Mniejsza jeszcze z zapłaceniem kilku stów czy nawet paru tysięcy za zderzak czy błotnik. Ale odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu są coraz wyższe, no i jest jeszcze coś takiego jak renta za wypadek, którą sąd może zasądzić od sprawcy wypadku i którą ten będzie musiał płacić nawet przez wiele lat. W przypadku kierowców, którzy mają OC, rentę wypłacają zakłady ubezpieczeń, ale niestety OC niewielu rowerzystów posiada, a to oni są - podobno - trzecimi w kolejności sprawcami wypadków komunikacyjnych. Obserwując wielu rowerzystów na drodze jestem w stanie w to uwierzyć. Ale zapewne niewielu rowerzystów jest w stanie uwierzyć, że sąd może im nakazać wypłacanie co miesiąc np. 1.000 czy 3.000 zł renty poszkodowanemu. Dlatego się kurcze zastanawiam nad tym ubezpieczeniem, bo oczywiście mam nadzieję, że nigdy przenigdy ani ja ani nikt z mojej rodziny nie znajdzie się w takiej sytuacji, że wszyscy będą uważać i na siebie i na innych, że nie będą nigdy sprawcami ani ofiarami, ale... może dla świętego spokoju warto by to wykupić.

środa, 30 marca 2016

I po świętach. W końcu można odpocząć... w pracy ;) Przynajmniej człowiek nie biega "z wywieszonym jęzorem" po sklepach i po domu, żeby zrobić porządek i nadążyć z gotowaniem i pieczeniem, a później z maratonem po rodzinie, bo każdy chciałby żeby go odwiedzono. Miłe to - nie powiem - ale i męczące. W każdym bądź razie jak wróciliśmy późno w poniedziałek, to z przyjemnością ucięłam sobie drzemkę przed telewizorem, na własnej sofie :) Bo jakby nie patrzeć wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Przynajmniej mi wychodzi, że jestem typem domowym, bo choć od czasu do czasu muszę gdzieś wyjechać, to jednak zawsze z przyjemnością wracam. Wolę też częste podróże, ale krótkie niż rzadsze i dłuższe.

Niestety piękna pogoda jaką się cieszyliśmy przez święta jakoś nie chce się utrzymać. Od wczoraj co chwilę przechodzą deszcze, zresztą na zmianę ze słońcem. Skoczyłam wczoraj po południu do sklepu, zajęło mi to dosłownie 10 minut; wychodziłam w pięknie grzejącym wiosennym słońcu, a wracałam w rzęsistym deszczu. Nadal w marcu jak w garncu. A za chwilę może nam jeszcze kwiecień poprzeplatać. Tymczasem niektórzy zmienili już opony na letnie. Ja wolę nie ryzykować i do końca kwietnia pojeździć jeszcze na zimówkach. Różnie to bywa.

czwartek, 24 marca 2016

Jakoś w tym roku szybko przyszły te drugie święta. Mam wrażenie, że dopiero co pucowałam dom przed Bożym Narodzeniem i znowu to samo (jak to zwykle narzeka moje dziecię). Ponieważ w czerwcu szykuje nam się nie tak mały remont, więc nie przejmuję się porządkami tak jak zwykle. Za dwa miesiące i tak się wszystko zakurzy. I tak trzeba będzie myć szafki i wszystko co się w nich znajduje, więc teraz nie ma sensu. Szafki kuchenne zostawiam w spokoju. Kilka innych rzeczy też. Nastawiam się za to bardziej na nowości kulinarne. Będę pierwszy raz robić babkę panettone i z tego samego ciasta również małe babeczki od koszyczka, będę wypiekać baranka, eksperymentować z nowym mazurkiem - migdałowym i z pasztetami. Chcę zrobić trzy rodzaje pasztetów. Część zostawić na teraz, a część zamrozić. No chyba, że okażą się wielkim niewypałem, to wylądują w psiej misce ;) I żeby nie było, że dla pieska to będzie męczarnia. On zje wszystko i jeszcze się obliże :) Kupiłam już formy aluminiowe i wszystkie składniki (jeden będzie z kaczką, drugi z królikiem, a trzeci tradycyjny). Myślałam też o galarecie, ale mężu stwierdził, że mnie ponosi, bo kto to będzie jadł, więc ok, będzie mniej roboty. 

Wczoraj mężu spytał co bym chciała dostać w prezencie i... to nie był dobry pomysł. Bo jak się nad tym nie zastanawiam, to mam poczucie, że niczego mi nie brakuje, ale jak już się zacznę zastanawiać to się okazuje, że mnóstwo rzeczy by się znalazło. Nie żebym bez nich żyć nie mogła, ale uświadomienie sobie, że coś tam by się chciało, a chwilowo ze względu na inne wydatki jest to nieosiągalne, nie jest jakąś fajną rzeczą. Ustawiłam sobie więc listę moich "chciejstw" i doszłam do wniosku, że po kolei kupując jedną rzecz w jednym miesiącu będzie to nieodczuwalne dla budżetu, a za parę miesięcy będę miała to czego chcę ;) No chyba, że nakręcę się po drodze na inne rzeczy ;) Tak to już jakoś ze mną bywa, że czasem można powiedzieć, że lepiej mnie ubierać niż żywić, a innym razem na odwrót. Zresztą nie tylko rzeczy "do ubrania" są na mojej liście. A na marginesie zauważyliście śmieszną rzecz - jak przechodzi się na dietę, na której je się mniej, to wydaje się na jedzenie więcej :)

Czas się zabrać za pichcenie. Bawcie się dobrze w kuchni i nie tylko w kuchni. Wesołych Świąt.

wtorek, 08 marca 2016

Dzień Kobiet to jednak miłe święto, mimo że kiedyś kobiety na nie strasznie narzekały, że panowie wracają co prawda z kwiatami, ale dużo później niż zwykle i mniej pewnym krokiem, bo były takie czasy, kiedy w pracy można było się napić...

Ja tam najbardziej pamiętam Dzień Kobiet sprzed wielu, wielu lat, kiedy byłyśmy z mamą na koncercie Niemena, z którego to wracałyśmy bardzo długo, bo spadło akurat mnóstwo śniegu i cały czas go dosypywało, tak że autobusy głównymi drogami nie mogły przejechać. Ech, gdzie te czasy... Co prawda teraz jak spadnie 5 cm też mają problem, ale wtedy pamiętam, że hałdy były wyższe ode mnie i dzieciaki chciały w nich igloo robić.

Wszystkiego najlepszego, moje Drogie :)

A za dwa dni rewanż sobie panowie wymyślili ;)

poniedziałek, 29 lutego 2016

Oj, dzieje się ostatnio, dzieje. Leo dostał Oskara ;) :) Szczerze mówiąc nie wiem co to za film. Zapowiedź jest interesująca, ale czasem taka bywa nawet przed beznadziejnym filmem. Co prawda Leo ma dobre wyczucie scenariuszy i potrafi grać, ale zniechęcają mnie te statuetki dla Mad Maxa, który moim zdaniem jest kiepskim filmem. Jedynego Oskara, jakiego powinien ten film dostać to za efekty specjalne, bo w zasadzie cały film się z nich składa i się napracowali. Może jeszcze nastaną czasy, kiedy Akademia zacznie przyznawać nagrody naprawdę dobrym filmom, nie kierując się naciskami czy poprawnością polityczną.

Dzieje się też z Bolkiem. Społeczeństwo podzieliło się na 3 części: zdecydowanie stojących w obronie Wałęsy, zdecydowanie stojących przeciw niemu i mniej lub bardziej obojętnych, do których - nie ukrywam - też się zaliczam. Uważam, że jest to debata czysto historyczna i ma porównywalne znaczenie jak ta "za" czy "przeciw" Piłsudskiemu, choć ze względu na upływ czasu więcej osób się nią pasjonuje. W latach 30tych podobnie zróżnicowane emocje wzbudzał także marszałek, który nie był tak uwielbiany jak dziś. I zastrzeżenie: nie traktuję obu postaci podobnie, jako jednakowo zasłużonych, chodzi mi tylko o to, że obaj panowie byli/są różnie postrzegani i oceniani.

Emocje budzi także pogoda - i to raczej albo zdecydowanie negatywne. Przyzwyczailiśmy się już do ciepłej zimy. A tu na zakończenie lutego zaczęło padać i prószyć, zrobiło się zimniej, bardziej pochmurno i nieprzyjemnie. Jeszcze kilka dni temu obserwowałam pierwszą "mini-chmurę" komarów latających nad trawnikiem, który dziś przykrywa cienka, ale jednak, warstwa śniegu. Swoją drogą, ciekawe czy wymrozi te paskudztwa. W każdym bądź razie jest mokro, więc klimat sprzyjający ich rozmnażaniu.

W Alpach spadł śnieg; jest wręcz idealna pogoda na narty, tyle że daleko jak dla mnie na krótki wypad, a na długi nie mogę sobie pozwolić. Ponoć deszczowo - śniegowa pogoda ma dojść i do nas, jest więc szansa, że i u nas - przynajmniej w górach - poprószy. Do nas dużo bliżej i dużo taniej (przynajmniej płacąc o tej porze roku), więc jest szansa na wyjazd... Oczywiście jak się wyrobimy z projektem. Póki co mamy opracować zmniejszenie kosztów produkcji i dopóki się z tym nie uporamy, to jedyne czego możemy oczekiwać to siedzenia w pracy w weekendy, a nie urlopów je przedłużających. Ale jak już się ogarniemy, a mam nadzieję, że nie będzie to długo trwało, to natrzaskane nadgodziny trzeba będzie odebrać :) Miałabym też ochotę poleżeć sobie w jakimś basenie z cieplutką wodą termalną i odprężyć się trochę. Może uda się zorganizować jakiś wypad w połowie marca do takiego górskiego kurortu...

No więc, dzieje się ostatnio, dzieje.

czwartek, 04 lutego 2016

No to znów nastaje nam moda na futra i kożuchy. Ponoć to taki luksus i kiedyś każda kobieta miała toto w swojej szafie. No owszem, nie przeczę, miała. Ale wtedy w zimie było -20 -30 stopni C, a dziś +5  +10 stopni. Różnica więc jest. Poza tym ten luksus waży. W zimie zasadniczo więcej ciuchów człowiek dźwiga na sobie, więc mając do wyboru lekką kurtkę, czy choćby płaszczyk z dodatkiem ciepłej alpaki czy futro lub kożuch, jednak wybieram to co lżejsze. Czy jest to objaw luksusu? No nie wiem. Mi się tak nie kojarzy. Może dlatego, że w latach 80tych każda kobieta takowy posiadała; wcześniej pewnie też, ale moja pamięć tak daleko nie sięga. Później kobiety zmądrzały i zakładały na siebie lżejsze ciuchy, a dziś mamy powrót do tradycji (niemal jak w Teheranie ;) ). Nie powiem, żebym te futra lubiła. Całe dzieciństwo musiałam targać to na sobie. Teraz mi się to wydaje obrzydliwe jak można nosić na sobie czyjąś skórę. Takie to jakieś pierwotne i jaskiniami mi zaciąga, że mam opory, żeby tej padliny dotknąć, a co dopiero na siebie założyć. Widzieliście na poboczu rozjechanego kota, psa czy lisa? To tak jakbyście się zatrzymali, zdarli ze zwierza skórę i się w nią ubrali... Tak ja to widzę...

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31