RSS
czwartek, 27 kwietnia 2017

Już czwartek. Wielkimi krokami zbliża się majówka. I co by się nie działo w polityce, kulturze, sztuce, itd. i tak najważniejsze dla wszystkich są wiadomości o pogodzie :) Pewnie nie byłoby to takim ważnym elementem życia, gdybyśmy mieli stabilne kilkanaście stopni; no powiedzmy 20. Ale przy tym szaleństwie, gdy m.in. na Górnym Śląsku prószy śnieg, a w innych regionach Polski temperatura raczej sprzyja szczękaniu zębami niż przyśpiewkom przy grillu, temat jest "gorący". Bez względu na to, czy wyjeżdżamy w celach turystycznych, czy spędzimy ten czas w domu, jakoś lepiej byśmy się poczuli, gdybyśmy mieli przynajmniej porządną nadzieję na ciepełko. Na szczęście - moje szczęście :) - mieszkam na południu kraju i właśnie dowiedziałam się, że u nas od niedzieli ma być już OK. Również na szczęście - mimo wielkich chęci - nie skusiłam się na rezerwację pokoju nad morzem. A zatem, z porządną nadzieją na turystyczną pogodę, planuję wyjazd w Sudety :)

Miłego długiego weekendu :) Odpoczywajcie, bawcie się dobrze i podróżujcie bezpiecznie.

piątek, 21 kwietnia 2017

Ten tytuł to tak trochę ironicznie; może nawet bardziej niż trochę... Zawsze staram się mieć wszystko pod kontrolą, co nie zmienia faktu, że co chwilę okazuje się, że coś mi tam umyka. Czasem są to drobiazgi, a czasem ważniejsze rzeczy. Przy tych ważniejszych jest tak, że normalnie się o nich nie myśli, a później jest zdziwienie, że czegoś się tam nie dopilnowało. Przykład: pilnuję, żeby dziecko co roku podbijało legitymację, pilnuję ważności paszportów, ale... wczoraj na poczcie miła pani (najwyraźniej bardziej spostrzegawcza niż ja) powiedziała: ale wie pani, że za chwilę się pani skończy ważność dowodu? Przyznać musiałam, że nie wiedziałam i w ogóle, że całe szczęście, że pokonałam lenistwo i sama wybrałam się na pocztę z awizem i nie wysłałam męża. Bo mogłabym się pewnego dnia bardzo zdziwić i pół biedy, gdyby to było w Polsce. Gorzej, że podróżując po Europie raczej nie wożę ze sobą paszportu, a nieważny dowód mógłby wprowadzić w moje życie sporą dozę zamieszania... Więc w sumie powinno być: brawo pani z poczty...

Włóczyłam się wczoraj po sklepach z kosmetykami w poszukiwaniu jakiegoś nowego koloru lakieru i trafiłam na stoisko z... w sumie nie wiem jak to nazwać. Może tak: przedmiotami do obróbki mechanicznej różnych części ciała. Bo same czynności związane z nakładaniem szpachli i malowaniem najwyraźniej już nie wystarczą. Teraz najpierw należy przygotować "bazę": złuszczyć, zetrzeć, wygładzić, oszlifować, a dopiero później należy przejść dalej. Stąd ta obróbka mechaniczna, o której wspominałam. Coraz bardziej nasze ciało kojarzy mi się ze ścianą (patrząc na "niezbędne" akcesoria), którą należy odpowiednio obrobić i pomalować... A jak chałupnicze metody okażą się niewystarczające, należy się wybrać do kosmetyczki po coś mocniejszego, albo do odpowiedniego salonu odnowy biologicznej. W sumie wystarczyłoby odnowić głowy i uświadomić im, że wyglądamy normalnie, jak ludzie, a nie jak plastikowe lalki, ale jakież to byłyby straty dla wielu branż... Osobiście na co dzień mogłabym obyć się bez większości kosmetyków, poza pastą do zębów, mydłem, kremem, dezodorantem i... lakierem do paznokci :) Tak, pomalowane paznokcie to zdecydowanie moja słabość.

Miłego dnia i dużo ciepła w te chłodne dni.

wtorek, 04 kwietnia 2017

Ponieważ ogromną sympatią darzę ludzi spod znaku Barana, czyli osoby urodzone na początku wiosny, które dopiero co obchodziły urodziny, właśnie obchodzą, albo za chwilę będą, zatem pozdrawiam wszystkie Barany, Baranki i Owieczki (także te czarne) życząc jednocześnie wszystkiego co najlepsze :) Skoro już trafiła Wam się najlepsza pora urodzin, to trzeba kontynuować ten korzystny trend :)

Co do samej wiosny, to pięknie nam kwitnie, pachnie i ociepla atmosferę. Uporałam się już z największymi porządkami, więc jestem bardzo szczęśliwa. Nabrałam również nawyku większej aktywności, przebrnęłam przez kryzys z tym związany, zatem teraz "mocą tego nawyku" będę iść dalej :) Nawet do pracy człowiek chodzi z jakąś taką większą ochotą, może nie zapałem (żeby nie przedobrzyć), niż wcześniej.

W tym miesiącu czekają mnie jednak "dwie poważne przeprawy", jak by powiedział mój dziadek. Oby wszystko poszło dobrze. Jeśli ułoży się po mojej myśli, będę miała powody do świętowania w długi majowy weekend :) W tym roku nawet wyjątkowo długi.

Tagi: baran wiosna
14:25, maggi753
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 marca 2017

Zgodnie z tytułem - jesteśmy już niestety "po" karnawale. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, ponieważ jesteśmy również "po" lutym i właściwie - sądząc po temperaturze na termometrach - "po" zimie. Co prawda oznacza to również, że jesteśmy starsi o dwa miesiące, które już minęły od początku roku, ale załóżmy, że w zimie nasz zegar biologiczny zwalnia, więc możemy się pocieszyć, że to tak jakbyśmy nadal mieli tyle lat co jesienią. Wiem, teoria trochę pokręcona i naciągana, ale w moim wieku czymś się już trzeba zacząć pocieszać ;) Skoro "gwiazdy" nie wstydzą się publicznie opowiadać w mediach o swoim "wieku biologicznym", który jest połową wieku "metrykalnego", to ja również mogę stworzyć jakąś teorię. Tym bardziej, że anonimowo.

Koniec karnawału oznacza, że "wpadliśmy" w Wielki Post. W moim domu rodzinnym był to czas, gdy matka bardzo pilnowała, żeby żadnych hucznych imprez nie urządzać, co było przekleństwem dla wielu osób w rodzinie, bo u nas w marcu jest wyjątkowy wysyp urodzin i imienin. Zawsze więc trzeba było kombinować, żeby i wilk był syty i owca cała, znaczy pobalować, ale tak żeby w miarę trzymać się na nogach wracając do domu ;) W tym miesiącu ma m.in. urodziny mój wiekowy dziadek i mam niemały problem co też mu kupić, żeby nie był to przytyk do jego wieku, bo w ostatnich latach rodzina wsławiła się kupieniem mu szeroko reklamowanych napitków dla seniorów, co dziadek skwitował: dziękuję bardzo, ale 50tka na czczo potrafi zdziałać większe cuda niż te specyfiki, a tak w ogóle świetnie się czuję. Zatem wszelkie pomysły w stylu: zestawy dla seniorów, etui na recepty, komórki dla niedowidzących (dziadek używa smartfona, w którym ja się nie łapię), itd. nie wchodzą w grę :) Odnoszę wrażenie, że bardziej by się ucieszył z jakiegoś biletu do opery, względnie spływu kajakowego po niezbyt wzburzonej rzece. I być może w tym kierunku pójdę.

A zatem kontynuując temat - jesteśmy, może nie przed, ale na początku marca. Za to "przed" wiosną, której pierwsze oznaki już widać. Także przed wiosennymi porządkami :) Ale również przed wiosennym odchudzaniem, kiedy to po zdjęciu grubych, ciepłych zimowych kurtek i płaszczy okaże się, że coś niezbyt korzystnego stało się z naszą figurą i trzeba by coś z tym fantem zrobić. Ach, zapomniałabym, jesteśmy także przed Dniem Kobiet i Dniem Mężczyzn :)

czwartek, 02 lutego 2017

No więc skończył się okres świąteczny. Nawet najwięksi miłośnicy choinek, zgodnie z tradycją, powinni je złożyć przed Matki Bożej Gromnicznej, czyli właśnie przed 2 lutego. Ja też naszą ostatnio złożyłam i zrobiło się tak jakoś dużo wolnego miejsca w pokoju. Aż się przez chwilę poczułam nieswojo i miałam ochotę coś w to miejsce postawić. Na szczęście się powstrzymałam, bo i tak sporo klamotów u nas zalega, a niby nigdy nie byłam zwolenniczką zagracania domu.

W tym roku jakoś nie bardzo poczułam święta. Nie chciało mi się biegać do kościoła, a zamiast słuchać kolęd, albo chociaż świątecznych hitów, przesłuchiwałam płyty, które dostałam pod choinkę. W sumie trochę szkoda. Taka okazja zdarza się tylko raz w roku, a z czasem coraz trudniej znaleźć tę "magię".

Na pocieszenie pozostał nam jeszcze karnawał - imprezy, tańce i... tłuste przekąski. Ostatnio próbuję się wyspecjalizować w faworkach i powoli zaczynam tę specjalizację odczuwać w biodrach ;) Ale co tam. Wcześniej czy później jakoś to zgubię :)

środa, 04 stycznia 2017

:) Właściwie nic się nie zmieniło od poprzedniego wpisu :) Znów słyszę o śnieżycach w Polsce, zakładaniu łańcuchów na koła (i to w moim województwie!), o mrozie, itd., a tymczasem za oknem niemal błękitne niebo, choć wietrznie, mimo że rano padał deszcz. A skoro nie przyszły te zapowiadane śnieżyce, to może i mrozy nie przyjdą... Byłoby fajnie, bo gdyby miały przyjść bez "śniegowej osłonki", to poniszczą mnóstwo roślin. No i będzie ślisko, bo po rannych intensywnych opadach jeszcze ziemia nie wyschła. Choć nie, myślę, że jednak coś przyjdzie, bo babcia zawsze mówiła, że jak ma przyjść mróz, to człowiekowi bardziej się jeść chce, a ja dziś po prostu nie mogę przestać jeść. Gdyby apetyt wywoływały jakieś bakterie czy wirusy, powiedziałabym, że złapałam niezłą infekcję... Chyba potrzebuję jakiejś solidnej porcji mięcha, żeby mój żołądek na długo miał co robić.

A tymczasem korzystając z luźniejszej atmosfery w pracy na początku roku i z tego, że posurfowałam trochę, bo musiałam zamówić papier do plotera, zamówiłam też sobie osłonki do smartfona - śmieszną silikonową na tył i szkło hartowane z przodu (dotychczas miałam tylko folię z przodu, ale jakoś się ostatnio podniszczyła, tył też warto już zakryć - skutek wrzucania do torebki razem z kluczami).

Kupiłyśmy sobie z dziewczynami ostatnio do pracy pachnący olejek z patyczkami o zapachu kandyzowanych owoców. Jest po prostu cudowny, obłędny. Nie miałabym nic przeciwko perfumom o takim zapachu. Nie wiedzieć czemu nie podoba się tylko szefowi, który w "proteście" powiedział, że nie będzie do nas zaglądał. A więc kolejny plus :) Takie protesty lubię.

No to na koniec gorsza wiadomość - rozklekotały mi się okulary (dobrze, że nie złamały), kiedy ostatnio w nich zasnęłam. Muszę się wybrać po nowe, a przy okazji do okulisty, bo już dawno nie byłam.

piątek, 02 grudnia 2016

Czasem mam wrażenie, że żyję w innym kraju niż pozostali Polacy. Dziś na przykład od rana słyszę o opadach śniegu, ba nawet śnieżycach, a tymczasem u mnie za oknem co prawda wiało, ale śniegu nie przywiało. Co najwyżej trochę deszczem zachlapało okna.

Korki związane z brzydką pogodą? No cóż, pracuję blisko domu. Chodzę do pracy na piechotę. Ostatni korek, z jakim miałam do czynienia to od wina, który musiałam odszukać, bo dziecko potrzebowało do szkoły na doświadczenie z fizyki...

Podobnie z aferami. U nas aferą może być nie naliczenie przy kasie w Biedronce promocyjnej ceny, która miała obowiązywać :) To już urok małych miasteczek. Coraz bardziej doceniam to "życie z boku" :)

Miłego wieczoru.

Tagi: Inny kraj
16:53, maggi753
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 października 2016

Ze śmiercią jest jak z katastrofami lotniczymi. Są okresy, w których media nie donoszą o tym, że odszedł ktoś znany i są takie, kiedy ludzie "zaczynają się sypać". Katastrofy również nie zdarzają się "solo". Niestety w rodzinach często jest tak samo... Jak już ludzie zaczną odchodzić, to łańcuszkiem.

W tym tygodniu pożegnał się z nami Wajda i Kopiczyński. Szkoda. Tym bardziej, że w filmie brakuje ich zmienników, wybitnych reżyserów i aktorów z młodszego pokolenia. Niby mamy filmówki i szkoły teatralne, ale co z tego... A może po prostu ci naprawdę dobrzy nie są w stanie przebić się przez serialowe "gwiazdy". Podobno o słabości społeczeństwa świadczy ilość niezastąpionych ludzi... Oj, coraz słabsze to nasze kino.

wtorek, 06 września 2016

Rzadko kiedy korzystam z usług tzw. rzemieślników, więc pewnie przyczyniam się również do tego, że znikają z rynku niektóre zawody. Ale cóż zrobić. Pamiętam, że kiedyś chodziłyśmy z mamą do szewca, ale takie były czasy, że trudno było kupić fajne buty, a jak się już je miało, to się o nie bardziej dbało i naprawiało. Teraz w komplecie dostajemy zapasowe fleki, a jak się już oba zedrą to mija tyle czasu, że ma się ochotę na coś nowego, więc się nie naprawia. W zeszłym roku co prawda wybrałam się raz do szewca, zapłaciłam 35 zł za wymianę fleków, ale źle je założył i zniszczył skórkę na jednym z obcasów, więc i tak ich nie noszę. Wyrzucone pieniądze. Nie korzystam też z usług krawców, bo nie kupuję ciuchów "do dopasowania"; tyle jest ich na rynku, że można kupić takie, które pasują bez przeróbek. A że od dawna mam stałą wagę, więc i zwężanie czy poszerzanie nie wchodzi w grę.

Ostatnio jednak pojawił się problem, który zmusił mnie do pomyślenia o... kaletniku. Otóż urwał mi się pasek w ulubionym zegarku. Szukałam takiego w sieci, ale nie znalazłam (a tam podobno jest wszystko...). Stwierdziłam więc, że odżałuję trochę kasy i założę sobie oryginalny. Kiedy kupowałam zegarek zapytałam o wymianę paska (bo wiadomo, że skóra nie jest wieczna) i dowiedziałam się, że nowy kosztuje u nich 130 zł. Nie mało. Za tyle można mieć nowy, całkiem przyzwoity zegarek, ale czego się nie robi dla ulubionej rzeczy. Tyle tylko, że punkt sprzedaży się zwinął... No więc pomyślałam o kaletniku i okazało się, że mało bo mało, ale kilka punktów jeszcze w mieście zostało. Mam nadzieję, że u niego uda mi się zamówić nowy. Z drugiej strony stwierdziłam, że zawód kaletnika niekoniecznie musi odchodzić do lamusa. Coraz więcej ludzi uwielbia nietuzinkowe przedmioty, więc przygotowanie przez takiego kaletnika np kolekcji pasków, portmonetek czy toreb może być dla niego strzałem w 10 na rozwinięcie biznesu. Może więc nie tylko tworzenie baz danych, projektowanie cad, tworzenie aplikacji na smartfony czy opracowywanie patentów, z których można żyć przez wiele lat ma sens, ale również powrót do starych zawodów, choć w trochę nowej odsłonie... Może inni rzemieślnicy powinni pójść za przykładem np. stolarzy i nastawić się na tworzenie kolekcji dopasowanych do gustów klientów.

Miło mieć coś oryginalnego, innego niż rzeczy sprzedawane masowo w sieciówkach, nie dać się wbić w "mundurek takosamości". Kto wie, jakie będą zawody przyszłości. Ostatnio czytałam, że za 20 lat dominować będą takie, jakie póki co nie istnieją. A może wręcz przeciwnie, może zrobimy krok w tył i docenimy te, które już są... Kowalstwo - choć w wydaniu bardziej artystycznym - też przeżywa swój renesans... A moje osobiste dziecko za kilka lat będzie musiało dokonać wyboru...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Staramy się wpoić dziecku zasadę, że lepiej naprawiać niż wyrzucać, pozbywać się, zarówno w stosunku do dobrych jeszcze rzeczy jak i w relacjach. Mam wrażenie, że tego bardzo w dzisiejszych czasach brakuje. Ludzie z jednej strony wyrzucają dobre rzeczy, bo coś się w nich zepsuło, a nie chce im się naprawić, albo po prostu się znudziły. Takie samo podejście mają w związkach. Jak coś się zepsuje to "cześć", zamiast starać się naprawić i zrozumieć przyczyny. No, ale czasami sami się zastanawiamy czy warto... I nie chodzi mu tu akurat o relacje, tylko o przedmioty. Przykłady:

- 2 lata temu kupiliśmy synowi zegarek za bodajże 45 zł. Urwał mu się pasek. Na allegro nowy kosztuje 25 zł + cena przesyłki, czyli 30 zł. Zegarek ma trochę porysowaną szybkę. Opłaca się w niego inwestować czy lepiej kupić nowy?

- zepsuło mi się żelazko. Zawieźliśmy do serwisu. Miły pan powiedział, że naprawa będzie kosztowała ok. 150 zł. Nie zdecydowaliśmy się. Trafiłam na promocję i kupiłam za 100 zł nowe (w sumie w innych sklepach kosztowało w granicach 200-300 zł.),

- koleżance zepsuła się 8 - letnia pralka. Naprawa miała kosztować 650 zł. Sprzedała ją na części za 100 zł i kupiła nową (bo dowiedziała się przy okazji, że producenci specjalnie robią wiele części, żeby wytrzymały 5-6 lat, a później wszystko się sypie),

- mam starą, zabytkową maszynę do pisania, która mi się strasznie podoba i na której nauczyłam się pisać. Później "przeszła przez rączki" kilku dzieciaków, które ją popsuły. Punktów napraw maszyn już nie ma, schematu na internecie nie znalazłam. Trzeba by poświęcić pewnie mnóstwo godzin, żeby dojść do tego jak wszystkie sprężynki powinny być połączone i naprawić ją. Dlatego rodzina ciągle mnie namawia, żeby ją wyrzucić. Tu jednak jestem uparta i mówię stanowcze: nie. Kiedyś znajdę czas i ją naprawię :)

Nie dziwię się, że mnóstwo punktów usługowych upada (zwłaszcza tam, gdzie nie mieszka wiele starszych ludzi), że odchodzą w zapomnienie zawody związane z naprawami, bo z jednej strony często naprawy kosztują więcej niż nowe przedmioty, a z drugiej ciągle nam się wmawia, że nowe jest lepsze i ciągle trwa nagonka pt. "kupuj".

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi